Antoś urodził się z zarośniętą zastawką pnia płucnego. Jedyną nadzieję jego rodzice otrzymali z Bostonu w USA - z kliniki specjalizującej się przypadkami najtrudniejszymi z najtrudniejszych. Potrzeba około miliona złotych.

- Nieustannie słyszałam od lekarzy, że dziecko będzie musiało przejść w swoim życiu kilka operacji na otwartym sercu, całe życie pozostając pod opieką kardiologa. Syna mogłam zobaczyć dopiero następnego dnia, od razu po porodzie został podłączony do specjalistycznego leku, który miał na celu podtrzymać go przy życiu do momentu wykonania pierwszej operacji, czyli zespolenia systemowo-płucnego – powiedziała mama Antosia.

- Po Antku na pierwszy rzut oka nie widać, że ma tak bardzo chore serduszko. To my rodzice codziennie patrzymy na schowane w skarpetkach sine stópki i jagodowe usta. Po dłuższej zabawie i większym wysiłku zaczyna kaszlać i gdy nie ma już siły, wspina się na moje kolana i mocno przytula – dodała mama Antosia.

Pierwsza operacja serduszka pozwoliła “kupić” trochę czasu i właśnie ten czas zaczyna się kończyć. Po wielu konsultacjach w Polsce i za granicą rodzicom nikt nie dawał szansy na zachowanie serduszka dwukomorowego.

- Nasze dziecko urodziło się z dwiema dobrze wykształconymi komorami. Niestety leczenie w Europie tak skomplikowanej wady nie jest możliwe, a jedyną nadzieję otrzymaliśmy z Bostonu w USA - z kliniki specjalizującej się przypadkami najtrudniejszymi z najtrudniejszych. Lekarze zza oceanu nie tylko zachowają serce dwukomorowe, ale także przeprowadzą całkowitą korektę wady Antosiowego serca. Nie znamy jeszcze dokładnego kosztorysu, ale cena operacji wraz z kilkumiesięcznym pobytem w szpitalu będzie opiewać na kwotę rzędu miliona złotych, a my mamy raptem kilka miesięcy, żeby ją uzbierać – dodali rodzice Antosia.

Wpłat można dokonać tutaj: https://www.siepomaga.pl/kuriersuwalski